Urszula Glensk

Niemcy w publicystyce Antoniego Słonimskiego



Kroniki tygodniowe Antoniego Słonimskiego są w polskim piśmiennictwie międzywojennym dziełem wyjątkowej wagi. Były publikowane w „Wiadomościach Literackich”, tygodniku o dużym znaczeniu intelektualnym, choć niewielkim nakładzie, który nigdy nie przekroczył 14 tys. egzemplarzy. W piśmie Mieczysława Grydzewskiego drukowali niemal wszyscy liczący się pisarze, a redakcja inicjowała ważne dyskusje o tematyce nie tylko literacko-artystycznej, ale także społecznej. O trwałym znaczeniu tygodnika świadczy fakt, że propozycje krytycznoliterackie i spory światopoglądowe omawiane w „Wiadomościach Literackich” stały się dla badaczy Dwudziestolecia ważnym punktem odniesienia i taktowane są jako istotne źródło wiedzy o tożsamości epoki.

Antoni Słonimski związany był z pismem od momentu powstania (przełom lat 1923/1924), opublikował w nim prawie 500 felietonów, które publicystyczną swadą, ironicznym stylem i trafnością sądów można porównywać z publicystyką Bolesława Prusa i Stefana Kisielewskiego. Początek współpracy Słonimskiego z „Wiadomościami Literackimi” układał się burzliwie – felietonista wraz z redaktorem naczelnym zostali pozwani przez Artura Śliwińskiego, dyrektora Teatru Narodowego, który poczuł się dotknięty tezami krytyki teatralnej Słonimskiego. Felietonista w pierwszej instancji przegrał proces i zasądzono mu karę (dwa tygodnie aresztu), natomiast apelacja skończyła się uniewinnieniem, pozwalającym autorowi na obwieszczenie triumfu. Przywołuję ten spór, ponieważ świadczy on o tym, że publicystyka Słonimskiego była bezkompromisowa, stanowcza, ale i trafna. Nawet najostrzejsze krytyki pisane były prześmiewczo i ironicznie, z dystansem i drwiną. Ten styl można wiązać również z innym rodzajem aktywności autora Kroniki tygodniowej, który tworzył również teksty dla kabaretu literackiego Pod Picadorem, a także komedie polityczne, cieszące się uznaniem przedwojennej publiczności teatralnej oraz prozę groteskowo-katastroficzną (m.in. powieść Dwa końce świata). Słonimski był równocześnie jednym z wiodących poetów Skamandra. Niektóre jego przemyślenia i frazy zasilały jednocześnie wiersze i felietony, np. „W przyszłości, gdy się taki obraz uwidoczni/ Bardzo proszę pamiętać, że ja byłem przeciw” (Antoni Słonimski, Dokument epoki, 1933). Żarty przytaczane były w felietonach i szmoncesach pisanych dla Picadora, np. „potrafiła zadzwonić do mnie do biura i spytać: »Lutek, jaka jest część ciała na cztery litery, kończy się na a«. To mnie krew uderzyła do głowy, ja mówiłem przy personelu świństwa, a potem się okazało, że ta część ciała to była ręka” (cyt. za: Kuciel-Frydryszak 2012, 69).

Słonimski-felietonista zainteresowany był przede wszystkim życiem artystycznym (głównie teatrem i literaturą) oraz problemami politycznymi (hitlerowskie Niemcy, porewolucyjna Rosja, polscy nacjonaliści), które omawiał konsekwentnie i systematycznie. Autora albo coś rzeczywiście intrygowało i wtedy potrafił wielokrotnie wracać do tego samego wątku, albo wykorzystywał coś okazjonalnie, wspominał jednorazowo bez szczególnego zaangażowania. Wprawdzie ta uwaga mogłaby odnosić się do wszelkiej sztuki felietonu, ale w przypadku Kronik ma ona wyjątkowe uzasadnienie. Potwierdza to chociażby ilościowe zróżnicowanie komentarzy dotyczących podróży pisarza do Brazylii (1924), do Rosji (w roku 1932) i do Stanów Zjednoczonych (w roku 1935). Z tych dwóch ostatnich wypraw powstały drukowane w tygodniku cykle reportaży, ale te kraje nie interesowały go w jednakowym stopniu (relacje z Moskwy złożyły się też na osobną książkę Moja podróż do Rosji). W Kronikach wrażenia rosyjskie przywoływane są wielokrotnie, stają się punktem wyjścia do kolejnych analiz komunizmu, natomiast podróże amerykańskie komentowane są oszczędnie, jedynie w czasowej bliskości wyjazdu. Zaskakująca rzeczywistość moskiewska była w oczach Słonimskiego daleko ciekawsza niż dobrobyt chicagowski.

Jednak żadne państwo nie przykuwało uwagi pisarza do tego stopnia co nazistowskie Niemcy. Od początku 1932 r. sprawy niemieckie omawiał regularnie. Refleksje felietonisty układają się w tematyczne całości: pacyfizm kontra militaryzm, los niemieckich Żydów, polski nacjonalizm w kontekście nazizmu, w końcu postać Hitlera. Szczegółowe analizy zadziwiają trafnością diagnoz. Ich szyta ponad miarę retoryka z czasem okazuje się zupełnie profetyczna. W październiku 1932 r. czytelnicy Kronik tygodniowych mogli przeczytać zdanie, na które pewnie nie zwrócili specjalnej uwagi, co najwyżej uznali je za katastroficzną fikcję: „Jeśli Europa buduje doły wapienne, w które ma wrzucać ciała dzieci, kobiet i mężczyzn, niechże nam wolno będzie przynajmniej wiedzieć, kto czerpie korzyści z tej fabryki zbrodni” („Wiadomości Literackie”, 6.11.1932). Tę uwagę poprzedzała analiza sposobów finansowania zbrojeń, kwestia nurtująca pisarza i śledzona wraz z ujawnianiem zbrodni pierwszej wojny światowej i przepływu kapitałów oraz technologii. W tym czasie wychodziły na jaw strategie marketingowe niektórych europejskich koncernów z okresu wojny. Upubliczniano informacje, że firma Krupp sprzedała patent na zapalnik do granatów Anglikom, fabryka optyczna Zeiss zaopatrywała wrogą armię w szkła, ułatwiające rozbicie floty niemieckiej, a Francuzi sprzedawali Niemcom nikiel i siarczan węgla (potrzebne do produkcji śmiercionośnego gazu). Słonimski zdał sobie sprawę z tego, że interesy militarne państw nie pokrywają się z dążeniami wielkokapitałowego przemysłu. Wizja dołów wapiennych na rok przed pełnym objęciem władzy przez Hitlera musiała brzmieć absurdalnie. Ale już zdanie ze stycznia feralnego roku 1933 mogło wydawać się bardziej realistyczne: „Epoka nasza nie jest epoką humanitaryzmu. Wszystko zdaje się wskazywać na to, że idziemy naprzeciw wielkiej i niszczącej fali barbarzyństwa” (15.01.1933). Słowo „barbarzyństwo” zostało w tej publicystyce niemal przyklejone do komentarzy dotyczących hitlerowskich Niemiec.

Pacyfista w boju z militaryzmem

Słonimski zwrócił uwagę na postać Augusta Jägera. Był to niemiecki żołnierz, który dostał się do niewoli francuskiej i przekazał Francuzom informację o planowanym miejscu ataku gazowego. Taki czyn uznawano za zdradę wojenną w świetle ustawodawstwa większości ówczesnych państw. Tego rodzaju jurysdykcja obowiązuje do dziś. Po zakończeniu pierwszej wojny pruski żołnierz wrócił do kraju i żył spokojnie aż do momentu ukazania się pamiętników francuskiego oficera, który opisał to zdarzenie i przy okazji wyjaśnił, dzięki komu udało się uniknąć ataku. W efekcie niefrasobliwego ujawnienia Jäger został ujęty i postawiony przed sądem. Dostał wyrok 10 lat ciężkiego więzienia. Historia Niemca, który uratował kilkuset Francuzów przed śmiercią w cierpieniach, stała się dla Słonimskiego przykładem humanitaryzmu, głosem sumienia ludzkiego „niepogodzonego z okrucieństwem” i terrorem państwa, „ostatnim bełkotem człowieczeństwa zdławionego przez wojnę” (15.01.1933). Pisarz ubolewa, że mężczyzna został skazany i osadzony w więzieniu mimo upływu lat (pisze o szesnastu, choć biorąc pod uwagę realne daty upłynęło 15 lat). Słonimski eksponuje paradoks: więzień, siedząc w celi, może długo myśleć o uratowanych przez siebie mężczyznach. Felietonista wzmacnia dowodzenie kontrastem – obrazem ocalonych żołnierzy, których wpisuje w możliwą codzienność: handlują samochodami, spędzają czas w paryskich czy tulońskich kawiarniach, wracają do żon i dzieci. „Jäger zdradził armię, ale nie zdradził człowieczeństwa”, konkluduje pisarz.

Entuzjazm dla żołnierza jest głosem zdeklarowanego pacyfisty. Żadnej z postaw światopoglądowych Słonimski nie eksponował w felietonach w sposób tak wyraźny i jednoznaczny. Posiłkował się przy tym autorytetem angielskiego pisarza Herberta George’a Wellsa, który w artykułach publikowanych w „Daily Herald” promował rodzącą się już wówczas koncepcję unijnej Europy i filozofię bezprzemocowej polityki, ale zarówno Wells, jak i Słonimski deklarowali rezerwę wobec szumnie zawieranych paktów pokojowych, które – jak uważali – oplatają Europę, a w gruncie rzeczy przypominają sieci z drutów kolczastych (zob. 13.01.1935). Obaj uważali taktykę polityczną Hitlera za podstępną, a afektowanie przez Kanclerza Rzeszy wizji pokoju w relacjach międzynarodowych za całkowicie fałszywe.

Słonimski nie podzielał wiary w autentyczność polsko-niemieckiej deklaracji o nieagresji, podpisanej w styczniu 1934 r. Te obserwacje były zgodne z opinią wielu intelektualistów obu krajów, odrzucających maksymę wyuczoną w gimnazjach – si vis pacem, para belum. W lutym 1935 r. Tomasz Mann zapisał w Dziennikach: „W Berlinie są bardzo dumni z Polski i z sukcesów, jakie odniósł tam Göring, który uzgodnił spotkanie Hitlera z Piłsudskim. Podobno czują się bardzo silni w polityce zagranicznej i grożą, że na francusko-polski sojusz wojskowy, który wchodziłby w grę tylko w wypadku, gdyby Niemcy nie przystąpiły do paktu wschodniego, odpowiedzą niemiecko-polskim. Mnie się to wydaje idiotyczną bzdurą" (Mann 1995, 31-32). Do spotkania Hitlera z Piłsudskim nie doszło, choćby dlatego, że marszałek był już poważnie chory, a w maju zmarł. Natomiast sama wizyta Göringa była przez Słonimskiego kilkakrotnie z oburzeniem komentowana; ­ sarkastycznie proponował poczęstowanie niemieckiego gościa popularną wówczas wódką: podpalanką.

W bojach o pacyfizm pisarz był nawet skłonny ostro polemizować z lubianym przez siebie Bolesławem Wieniawą-Długoszowskim, jedynym generałem dopuszczanym do stolika poetów na słynnym „pięterku” w kawiarni Ziemiańska. Po ukazaniu się w „Polsce Zbrojnej” wywiadu z Wieniawą, w którym negował on „literaturę pseudopacyfistyczną”, Słonimski bezlitośnie skrytykował „urodziwego generała”. Cenił natomiast prozę Remarque’a i Zweiga (która stała się casus belli) za odbrązawianie bohaterskiej batalistyki i pokazywanie grozy i barbarzyństwa wojny. W jednej z Kronik z optymizmem zwracał uwagę, że w Niemczech nakład Na Zachodzie bez zmian sięgnął miliona egzemplarzy, co przeciwstawiał rachitycznemu rynkowi wydawniczemu w Polsce, gdzie średnia wielkość nakładu poczytnej książki nie przekraczała 3 tys. Wkrótce jednak powieści Remarque’a znalazły się na indeksie książek szkodliwych i zostały wraz z innymi tytułami spalone na berlińskim Opernplatz. Był to zresztą dla Słonimskiego moment graniczny, przypieczętowujący jego przeświadczenie o grozie sytuacji w Niemczech. Imiennik Słonimskiego, Antoni Sobański, berliński korespondent „Wiadomości Literackich”, w szczegółowej relacji z tych wydarzeń pisał o wielkim poruszeniu w całej Europie: „swąd palonych dn. 10 maja [1933] książek rozpełza się gryzącym oparem po całym świecie” („Wiadomości Literackie” 1933, nr 29). Co prawda sam Sobański w komentarzu minimalizuje znaczenie tej akcji, twierdząc, że było to przede wszystkim wydarzenie spektakularne, ale jego własna rekonstrukcja wypadków mówi coś wręcz przeciwnego. Wszystko zaczęło się od apelu bojówkarzy hitlerowskich wzywającego do odnoszenia lub odsyłania „szkodliwych” książek z domowych księgozbiorów we wskazane miejsca. Utworzono specjalne składy. Zakazane tytuły zarekwirowano także w bibliotekach. Z nadspodziewaną gorliwością do akcji przyłączyli się studenci Uniwersytetu w Breslau, którzy mieli zamiar przeprowadzić poszukiwania w prywatnych mieszkaniach, ale nie zrealizowali swoich buńczucznie głoszonych planów. Woluminy, ok. 20 tys., przywieziono na plac ciężarówkami, a o godzinie 23 rozpoczął się swoisty „sabat”. Dwunastu „Kulturträgerów” podawało sobie egzemplarze z rąk do rąk, aż w końcu z podniosłym hasłem „powierzam płomieniom” wrzucali tytuły do ognia. Nie zabrakło przemówienia Goebbelsa i aplauzu licznie zebranego tłumu. Z powodu atmosfery w Niemczech nastroje pacyfistyczne w Warszawie wyraźnie topniały, zauważał to zresztą w niefortunnym wywiadzie Wieniawa. Od połowy lat 30. coraz większe społeczne poparcie zyskiwały w Polsce hasła militarystyczne. Jednak Słonimski nie zmienił swojego punktu widzenia pod presją sytuacji politycznej. Jego publicystyka wyrażała bowiem przekonanie o potrzebie ochrony Polski przed zbiorowym utopijnym myśleniem, zakładającym, że kraj ma szansę oparcia się potędze militarnej nazistowskich Niemiec. Bliżej mu było do przyjęcia strategii czeskiej: w Pradze uznano bowiem, że 10-milionowy naród nie może stawić czoła 69-milionowej potędze. Jeszcze lepiej byłoby, zdaniem Słonimskiego, gdyby Europa posłuchała Normana Angella, laureata pokojowej nagrody Nobla z 1934 r., działacza pacyfistycznego i autora książki The Great Illusion, w której dziennikarz dowodził, że walka o rynki zbytu będąca w industrialnych państwach motywacją wojny, do niczego innego nie prowadzi tylko do zniszczenia rynków, o jakich roją agresorzy. Przypominał o tym Słonimski, chętnie komentujący wszelkie pojawiające się koncepcje pacyfistyczne. Pisarz wytrwale śledził proces „fabrykowania psychiki pokolenia”, prowadzący do gotowości społecznego zaakceptowania militaryzmu. Dzielił państwa Europy na te, „które swych pisarzy umundurowały, i na te, w których pisarze chodzą często może bez butów, ale po cywilnemu” (1.09.1935). Czasem drwił: „Pacyfizm nie jest obecnie w modzie. Wszystko to są żydowskie brechty i defetyzm. Naiwne utopie dla otumanienia ludzi. Przeznaczeniem człowieka jest noszenie ryja świńskiego, albo ryja maski gazowej” (13.01.1935). Było to zresztą nawiązanie do zdjęć publikowanych w prasie, pokazujących, jak należy zakładać maski przeciwgazowe. Bywało, że fotografia człowieka w masce zajmowała całą pierwszą stronę gazety, np. „Ilustrowanego Kuriera Codziennego”. Pacyfizm nie był w modzie. A w Niemczech słowo to było rodzajem obelgi.

Wódz „hitlerozaurów”

Publicysta wciąż wyrażał swoje poglądy, co mu zresztą wypominali polemiści, tłumacząc, że popadł w obsesję antyniemiecką. Należał do tej części europejskich intelektualistów, dla których chmury iperytu i fosgenu z pierwszej wojny światowej były wystarczającym ostrzeżeniem. Potrafili oni dostrzec niebezpieczeństwo radykalizowania się nastrojów społecznych. Podczas gdy prasa w Polsce na początku 1933 r. roztrząsała każdy szczegół związany z procesem Rity Gorgonowej i analizowała portrety psychologiczne osób związanych ze słynnym zabójstwem w Brzuchowicach, felietonista proponował, aby tyle samo wysiłku co w kwestię poczytalności person lokalnego dramatu włożyć w prześwietlenie poczytalności Hitlera. Retoryczną paralelę kończy sugestia: „Mogłoby się łatwo okazać, że Hitler posiada »mały stopień spostrzegawczości«, że nie rozróżnia koloru brunatnego od czarnego i że na podstawie badania przy pomocy »testów« dyktator Niemiec musi być uważany za niedorozwiniętego i obciążonego dziedzicznie” (9.04.1933). Za kilka dni Kanclerz obchodził 44 urodziny i właśnie rozpoczynał dwunastoletni okres swoich totalitarnych rządów. Słonimski przyjął w opisach przywódcy III Rzeszy konwencję tragikomiczną. Uważał, że sukcesy nazistów nie mogłyby się zdarzyć we Francji lub w Anglii, gdzie społeczeństwa lepiej wyczuwają nonsens i groteskę: „Bydlę nie uśmiecha się nigdy. Ponurość fanatyka czy nadęta powaga karnego hitlerowca nie znosi uśmiechu sceptycznego, nie znosi wesołości, nienawidzi dowcipu” (11.06.1933). Stylowi felietonu sprzyjają kontrastowe obrazy i łatwe do rozpoznania schematy. Jednym z nich jest stereotyp o niemieckim braku poczucia humoru, tu przypisany karnemu hitlerowcowi, a więc przedstawicielowi konkretnej grupy ludzi. To – znane co najmniej od czasów oświecenia – przekonanie jest rewersem wyobrażenia o technokratycznym porządku zachodnich sąsiadów. Pod koniec 1933 r. także w Polsce naigrywanie się z Hitlera narażało autorów na interwencję cenzury, zatrzymującej treści mogące zaognić stosunki polsko-niemieckie. Niemniej Słonimski nie przestał drwić. „Nienordycki” kolor wąsa kanclerza wielokrotnie był punktem zaczepienia w wyśmiewaniu teorii rasistowskich. Było to zresztą zgodne z kampanią prowadzoną w „Wiadomościach Literackich”, które nie tylko w artykułach, ale także przy pomocy całostronicowego purenonsensownego quizu wykpiwały nazistowskie koncepcje genotypiczne.

Oficjalna polityka Warszawy doprowadziła do złagodzenia krytycyzmu publicystów. Wysiłki dyplomatyczne zmierzały raczej do wzajemnego oswojenia. Po wizycie Goebbelsa grupa polskich dziennikarzy na czele z szefem biura prasowego rządu została zaproszona do Niemiec. Propagandowy cel wyprawy został osiągnięty. Przez polską prasę przelała się fala sprawozdań, choć powściągliwych, bo krótko po odzyskaniu niepodległości nie wypadało zbyt ostentacyjnie wychwalać niedawnego zaborcy. Była to zresztą pułapka dla nacjonalistycznych pism polskich, które z sukcesami roznosiły idee faszystowskie, „chorobę infekcyjną” (2.04.1933), jak pisał Słonimski, ale równocześnie nie do końca wypadało im eksponować niemieckie źródło swoich inspiracji politycznych. „Ta miłość endecka do Hitlera – ironizował Słonimski – bardzo jest wzruszająca, ale co się stanie teraz z narodową pieśnią, z Rotą?” (28.05.1933). Kiedy największy dziennik międzywojenny „Ilustrowany Kurier Codzienny” opublikował artykuł Lily Doblhoff o prywatnych zwyczajach Hitlera, Słonimski komentował: „Piekielna Lily opisuje nam w sposób nieco zawiły, ale przejmujący włosy Hitlera, owe słynne włosy, które są ciemne na przekór teorii wyższości rasy nordyckiej” (11.02.1935). Nieudolne zachwyty węgierskiej baronowej nad artystyczną wrażliwością Führera Słonimski kwitował pytaniem, co z koncertami Bruno Waltera (musiał emigrować z Niemiec) i Bronisława Hubermana (Żyda, objętego zakazem występowania w Niemczech), skoro Hitler – jak twierdzi Doblhoff – kocha wszystkie rodzaje muzyki.

Obok konstruowanej na użytek popularnego odbiorcy celebryzacji z baśniowym światem w alpejskiej scenerii Berchtesgaden, propaganda nazistowska tworzyła również atmosferę kultu odwołującego się do mistycyzmu. Sprzyjała temu skłonność społeczeństwa niemieckiego do poszukiwań neoreligijnych, rozwijająca się od początku XX w., ale też mająca swoją głębszą tradycję, sięgającą Reformacji. W totemizację Hitlera włączyli się przywódcy działających i rywalizujących ze sobą ruchów neoreligijnych. Wobec takiego rozwoju wypadków nawet niemający żadnych problemów ze znalezieniem wyjaśniającej argumentacji Słonimski zdaje się bezradny: „Robotnik niemiecki, uświadomiony proletariat, uznaje nagle za boga pana z małymi czarnymi wąsikami”, i dalej, w tym samym felietonie: „Przywódca ruchu neopogańskiego, profesor Hauer, oświadczył, że »Bóg objawił się w postaci wodza narodu niemieckiego Hitlera«. Ikonografia zna najrozmaitsze wizerunki bóstw” (19.05.1935). Vis comica musi zastąpić brak logicznego wyjaśnienia (Słonimski wyraża tylko domniemanie, że przecież profesor nie będzie klękał wieczorami z rodziną przed „fotografią jegomościa z chaplinowskim wąsikiem”). Felietonista wymienia różne rodzaje bóstw, od Buddy do totemów plemienia Batake, i dziwi się, że bóg-Hitler jest pierwszym, którego można zobaczyć w filmach.

Wspominany w felietonie Jakob Wilhelm Hauer to profesor teologii z Tybingi, prezes zjednoczonych wspólnot religijnych Deutsche Glaubensbewegung, który do końca wojny usiłował budować swój autorytet w oparciu o potęgę Hitlera, choć sam musiał się mierzyć z narastającymi restrykcjami i ograniczaniem wpływów. Cytowane przez Słonimskiego berlińskie przemówienie miało miejsce na jednym z mitingów związku, krótko przed pierwszym rozporządzeniem zakazującym kontaktów urzędników państwa z Deutsche Glaubensbewegung. Później, gdy Hauer został zdegradowany do pozycji redaktora teologicznego pisma, funkcjonariuszom nazistowskim dodatkowo zakazano czytania i prenumeraty tego tytułu.

Spośród przykładów celebracji Hitlera, które relacjonowała polska i światowa prasa, pilnie przeglądana przez publicystę, Słonimski wybierał zwykle jakiś obrazek: „Na wielkiej bujdzie olimpijskiej wręczono Hitlerowi gałązkę oliwną. Musiało to być bardzo wzruszające. Od tego tylko jeden drobny krok do przyznania Hitlerowi Pokojowej Nagrody Nobla” (16.08.1936). Scenki z życia III Rzeszy były pokazywane w Kronikach tygodniowych w konwencji niepokojącej groteski. Ironiczny, grający paradoksem styl w najmniejszym stopniu nie unieważniał zagrożenia. Niekończące się przykłady politycznego szaleństwa, które obrazowały sytuację w kraju potężnego sąsiada, byłyby dobrym źródłem inspiracji dla cotygodniowego felietonu, gdyby nie odczytywana w nich pełna świadomość nadciągającej katastrofy: rozlewającej się „fali barbarzyństwa”.

Lekkość stylu Kronik tygodniowych w najmniejszym stopniu nie przysłaniała trafności komentarzy politycznych. Warto to podkreślić, tym bardziej że w tym samym czasie część autorów chętnie uprawiała naśladowniczy, faszyzujący nacjonalizm. Słonimski najchętniej komentował dokonania kilku z nich: Stanisława Piaseckiego (redaktora prawicowego tygodnika literackiego „Prosto z mostu”), Jana Emila Skiwskiego (skazanego w czasie wojny przez AK na wyrok śmieci za kolaborację) czy Romana Brandstaettera (po wojnie zapalonego neofity). Ostatniego z nich Słonimski brutalnie nazywał „hitlerowcem żydowskim” (10.05.1936), choć jeśli już używać tej metafory za Słonimskim, to wkrótce właściwsza byłaby „hitlerowiec katolicki”, zważywszy na konwersję Brandstaettera. Publicysta trafnie odnotowywał radykalizujące się nastroje części społeczeństwa w czasie gdy druga jego część z upodobaniem powtarzała sobie dowcip political fiction, umniejszający rangę Hitlera. Warto po latach go przypomnieć: otóż w pewnym klubie londyńskim w roku 2000 pada nazwisko Hitler, ale nikt z obecnych nie wie, o kogo chodzi. Towarzystwo zaczyna się spierać, kim był tajemniczy jegomość, którego nie odnotowuje Encyclopedia Britannica. W końcu pod hasłem Churchill ktoś znajduje wzmiankę o Hitlerze jako niemieckim awanturniku, który pod koniec rządów angielskiego premiera próbował wywołać w Europie niepokoje... Więcej nic o Hitlerze dżentelmeni angielscy nie wiedzą.

Słonimski dostrzega wagę zagrożenia, a jego szydercza retoryka nie neutralizuje katastroficznych obaw. Wielokrotnie zastanawia się, jak to możliwe, że „fala barbarzyństwa” obejmuje najbardziej wyedukowane europejskie społeczeństwa o długiej tradycji kulturalnej. Ma na myśli Niemcy, Włochy i Hiszpanię. To pytanie brzmi szczególnie ponuro, dlatego że zadaje je zdeklarowany humanista, miłośnik teatru i muzyki, znawca sztuki. I poeta.

Słonimski chętnie używa alarmujących zwrotów: „dranie hitlerowskie” (24.04.1932), „zbydlęcenie hitlerowskie” (7.05.1933), „sabat berliński” (21.05.1933), „szał zbiorowy” (2.04.1933), „najordynarniejsza demagogia”. Jednoznaczną diagnozę stawia wiosną 1933 r. przed pełnym dojściem nazistów do władzy. Najpierw prześladowania Żydów w Niemczech nazywa wojną niemiecko-żydowską, a później już po prostu krwawym terrorem. Co prawda bardziej interesują go losy profesorów żydowskich niż ubogiej społeczności, a ikoną usuwanych bądź ustępujących z uniwersytetów uczonych staje się dla polskiego publicysty postać Alberta Einsteina, co jest powtórzeniem powszechnie wyrażanego wówczas oburzenia. Przy okazji pisania o pogłosce o kapturowym wydaniu wyroku śmierci na fizyka, Słonimski proponuje interwencję państw europejskich przeciwko dyktaturze w Niemczech: „Jakaś organizacja hitlerowska wydała wyrok śmierci na Einsteina […]. Może ten wyrok na Einsteina stanie się końcem teorii względności, stosowanej wobec hitleryzmu, i rozpocznie się erę bezwzględności. Nie jestem zwolennikiem interwencji i nikogo nie namawiam, ale jeśli można było walczyć o nos Heleny trojańskiej, to można również walczyć o głowę Einsteina” (24.09.1933). Proponowana interwencja miałaby polegać na blokadzie ekonomicznej i bojkocie. Nie jest to zatem propozycja militarna, na wzór koncepcji wysuniętej przez marszałka Piłsudskiego. Słonimski wierzył w Piłsudskiego, ale jeszcze bardziej wierzył w pacyfizm. W innym felietonie pisarz proponował, aby przy pomocy aeroplanów rozrzucić w Niemczech ulotki z opinią autorytetów antropologii, która podważałaby hitlerowskie uzasadnienia teorii rasistowskich. Wierzył, że mogłoby to być otrzeźwienie dla społeczeństwa niemieckiego, traktującego naukę z respektem. Zdaje się, że, proponując odwołanie się do zdrowego rozsądku i umiejętności osądu, publicysta nie doceniał poziomu zastraszenia i indywidualnego dążenia ludzi do wygodnego zorganizowania sobie codzienności, nawet za cenę straszliwych kompromisów. Jednym z nich była akceptacja jesiennych czystek na uniwersytetach w 1933 r. Pozbyto się wówczas 250 profesorów. Wtedy również przebywający już na emigracji Einstein wystąpił z Pruskiej Akademii Nauk oraz z Kaiser-Wilhelm Gesellschaft zur Förderung der Wissenschaften. Los innych uczonych żydowskiego pochodzenia podzielił Fritz Haber, twórca fosgenu, gazu, który w felietonistyce Słonimskiego stał się złowrogim symbolem (bardziej kojarzony z historią pierwszej wojny iperyt został wynaleziony w pracowni Habera, ale on osobiście wynalazł fosgen). Los elity intelektualnej wygnanej z Niemiec był wielokrotnie omawiany w „Wiadomościach Literackich”.

Lektura Kronik tygodniowych niezbicie świadczy o tym, że nawet obserwator analizujący sytuację w Niemczech z pewnej – kulturowej i językowej – perspektywy mógł w pełni rozpoznawać zachodzące tam procesy. I mógł nie mieć złudzeń co do ich charakteru. Jednoznaczność, z jaką Słonimski pisał o zbliżającej się katastrofie, demistyfikuje tych, którzy utrzymywali, że niczego nie zauważają. Warto zwrócić uwagę, że fragmenty publicystyki dotyczącej Niemiec układają się w profetyczną opowieść, w której podmiotem początkowo są naziści i ich przywódca, a z czasem wraz z kolejnymi latami rządów Hitlera odpowiedzialność rozciąga się na społeczeństwo niemieckie. Refleksja o szaleństwie politycznym coraz bardziej przekłada się z formacji politycznej na Niemców jako całość. Wynika to po części z uogólnionego języka publicystyki. Nie da się jednak zlekceważyć, że to, co najpierw Słonimski obserwował jako separatywne ekscesy hitlerowców, z czasem staje się zjawiskiem dotyczącym całego państwa i całego narodu. Po stronie sprawiedliwych są już tylko represjonowani, choćby wyrzucani z uniwersytetów naukowcy, których ikoną staje się postać Einsteina.

W wymiarze indywidualnym przenikliwość obserwacji okazała się dla Słonimskiego i jego żony Janiny ocaleniem. Nie czekali na rozwój wypadków; musieli zdawać sobie sprawę z tego, że rejestr kpin, padających pod adresem Hitlera w felietonach drukowanych w opiniotwórczym piśmie, nie umknął uwadze Gestapo. Po inwazji Niemców małżeństwo Słonimskich zdecydowało się na ucieczkę. Przez granicę w Zaleszczykach przedostali się do Rumunii, a stamtąd wyjechali do Paryża, gdzie udało im się dotrzeć już 21 września. Pierwsze, napisane w Paryżu zdanie było powtórzeniem przypieczętowującego katastrofę komunikatu prezydenta Stefana Starzyńskiego: „Ogłaszam alarm dla miasta Warszawy”. Zanim Słonimski zamienił te słowa w wers jednego ze swoich najsłynniejszych wierszy, przez kilka lat sam – niemal co tydzień – ogłaszał alarm dla Europy. Niestety nieskutecznie.

 

Bibliografia

J. Kuciel-Frydryszak, Słonimski. Heretyk na ambonie, Warszawa 2012.

T. Mann, Dzienniki. Wybór 1935-1936. Przekł. I. i E. Naganowscy, Poznań 1995.

A. Słonimski, Kroniki tygodniowe, [w:] „Wiadomości Literackie”, 6.11.1932, nr 47.

A. Słonimski, Kroniki tygodniowe. Słowo wstępne i przypisy R. Habielski, Warszawa 2001.

A. Słonimski, Dokument epoki, [w:] Okno bez krat. Poezje, Warszawa 1935.

A. Sobański, W Niemczech po przewrocie. Cywile, Reichstag, książki, [w:] „Wiadomości Literackie” 1933, nr 29.

M. Szpakowska, „Wiadomości Literackie” prawie dla wszystkich, Warszawa 2012.

 

Glensk, Urszula, dr, adiunkt w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Wrocławskiego; literaturoznawca i krytyk literacki. Zajmuje się historią reportażu i prozą dokumentarną w kontekście antropologii kultury i obyczaju. Ważniejsze publikacje: Proza wyzwolonej generacji 1989-1999 (2002), Trzy szkice o przewartościowaniach w kulturze (2007), Po Kapuścińskim. Szkice o reportażu (2012, wyróżnienie „Książka Miesiąca” Magazynu Literackiego „Książki”), a także współautorka podręcznika Creative writing. Jak zostać pisarzem? (2011).

 

3342